wtorek, 21 listopada 2017

Elmer. Kolorowe przygody + Wyścig + Wyjątkowy dzień! = Najlepsze bajki dla dzieci!

Długo czekałam na nowe przygody Elmera i teraz, kiedy w moje ręce trafiły trzy najnowsze książki o tym niezwykłym słoniu, dosłownie skakałam z radości. Czasami zastanawiam się, czy aby ja sama nie jestem bardziej oczarowana Elmerem, niż moje dzieci. Kocham Elmera i wcale się tego nie wstydzę!

David McKee stworzył niezwykłą serię, której bohaterem jest sympatyczny słoń, ale nie taki zwyczajny i szary, bo Elmer jest kolorowy i w kratę! Główny bohater jest gwiazdą dżungli i każdy go lubi, bo inny, nie znaczy zły! Elmer uczy tolerancji, prawdziwej zabawy, uczciwości i wielu innych cennych rzeczy.

Wartość edukacyjna jest bardzo istotna i każda z bajek ma w sobie kilka cennych rad. Bajki są krótkie, ale prostota i mądrość tych opowieści czyni je tak wyjątkowymi, bo młody czytelnik bez problemu zrozumie bajeczkę. Strony są w całości pokryte ilustracjami, co niewątpliwie spodoba się dzieciom!


Przygody Elmera, to ulubiona seria moich dzieci, a i ja uległam urokowi tego kraciastego słonia. Wielokrotnie wracaliśmy do książek o Elmerze i z pewnością jeszcze wiele razy umili nam wspólne wieczory. Z tymi książkami nie można się nudzić, Elmer na to nie pozwoli!  Nie mam swojej ulubionej bajki, bo wszystkie są wspaniałe i polecam je z czystym sumieniem! 10/10! 

Dziękuję! 

niedziela, 19 listopada 2017

"Cel" Elle Kennedy - recenzja

„Cel” to Już czwarty tom niezwykle namiętnej i zabawnej serii, w której nie brakuje emocjonalnych wzlotów i upadków, co nie pozwala oderwać się od lektury! Szczerze pokochałam książki Pani Elle Kennedy i z wielką ekscytacją zabrałam się za lekturę najnowszej części Off-Campus!

Zacznę od tego, że każda z książek opowiada losy innej pary bohaterów i oczywiście można czytać książki niezależnie, bo odnalezienie się w akcji nie będzie stanowiło najmniejszego problemu. Jednak w każdej części wracamy do starych bohaterów w mniejszym, bądź w większym stopniu. „Cel” jest książką, która bardzo mi się podobała, jednak była też ona małym rozczarowaniem.

Bohaterów pokochałam od pierwszej strony i to jest najdziwniejsze, ponieważ Sabrinę poznałam w poprzednich tomach i nie zrobiła na mnie zbyt pozytywnego wrażenia, sprawiała wrażenie niezłej jędzy. Dziewczyna jest kolejnym przykładem na to, by nie ocenić ludzi zbyt pochopnie tym bardziej, jeśli nie znamy całej historii danej osoby. Sabrina tak naprawdę jest ambitną dziewczyną, która uczciwie dąży do osiągnięcia swoich marzeń. Jej postawa jest godna podziwu i wytrwałość, z jaką realizuję swój plan, robi wrażenie. Nie miała łatwego dzieciństwa, dlatego tak bardzo zależy jej na wyrwaniu się z tego świata. Jest zamknięta w sobie i pomimo jej początkowej oschłość, to kobieta pełna namiętności! John Tucker, to najsympatyczniejszy bohater z całej serii i bardzo się cieszę, że i jemu poświęcono osobny tom. Uwielbiam go całym sercem i lubię za jego postępowanie. Nie irytuję, nie wkurza i w końcu nie jest to facet, który zmienia dziewczyny jak rękawiczki. Porządny, miły, seksowny, a jego słodka gadka rozłożyła mnie na łopatki!  SUPER!

Elle Kennedy pisze romanse, w których nie brak ostrego seksu. Uwielbiam jej opisy. Nie są przesadzone i dobrze się czyta, tym bardziej że do seksu podchodzi ze swobodą i humorem. Są to chwile namiętne i czułe, widać uczucia bohaterów i choć nie jestem zagorzałą fanką erotyków, to książki Pani Kennedy czytam z prawdziwą przyjemnością!

Teraz przyszedł moment na rozczarowania. Akcja dzieję się równolegle do wydarzeń w poprzednich książkach, dlatego niektóre momenty są powtarzane, oczywiście z innego punktu widzenia, ale jednak wracamy do przeszłości. W poprzedniej książce pojawiły się dwa duże zwroty akcji, które są również ważne w tej książce. Tak wielki spoiler nie pozwolił mi w pełni cieszyć się pierwszą częścią historii Johna i Sabriny, bo cały czas wyczekiwałam tego wielkiego momentu! Kiedy jeden już się wydarzył, to przyszedł czas na drugi i dopiero później odetchnęłam z ulgą, w pełni poddając się carowi bohaterów i ich pięknej, aczkolwiek trudnej historii!



„Cel” to piękna książka o miłości i trudnych wyborach. Całkowicie porwała mnie ta powieść. Uwielbiam styl autorki. Zabawne dialogi i sytuację, które momentami wyciskały łzy, lecz były też takie chwile, kiedy emocje mną targały i już nie było mi do śmiechu. Nie tylko świetna książka, ale i cała seria, którą szczerze polecam! 7/10!




Dziękuję! 

środa, 15 listopada 2017

"Zakon Krańca Świata. Tom 1" Maja Lidia Kossakowska - recenzja

Berg jest twardym mężczyzną i ponad wszystko ceni sobie niezależność. Kiedy nieoczekiwanie jego los splata się z młodziutką Miriam, jego życie zmienia się nieodwracalnie. Podróże między wymiarami i zdobywanie coraz to nowych pryzów, już nie jest na pierwszym miejscu, a Grabieżca musi mocno się wysilić, by ocalić wychowanice sekty i samemu przy tym nie zginąć.

„Zakon Krańca świata” to prawdziwy mix gatunków. Szalone Urban fantasy, czyli jeden z mich ulubionych gatunków, wiedzie tu prym. Mamy sporo magii, czy też nadnaturalnych zdolności. Dodatkowo mogłabym powiedzie, że jest to również dystopia. Autorka miała genialny, i co najważniejsze, oryginalny pomysł!

Świat jaki wykreowała Pani Kossakowska jest przerażający i przygnębiający. Koniec świata to moment, który nieodwracalnie zmienił oblicz ziemi i zniszczył bezcenną technologię.  Świat, w którym system hydrauliczny i możliwość korzystania z prawdziwej łazienki jest luksusem, na który mogą pozwolić sobie nieliczni. A jeśli czegoś brakuję, należy tego szukać. Berg jest Grabieżcą, a gildia, która go wyszkoliła przestała istnieć, dlatego Berg działa samotnie, bo pozyskiwanie, to dochodowy biznes. Podróż do innego wymiaru jest niebezpieczna, lecz w innych światach można znaleźć wartościowe i pełne informacji rzeczy. Dodatkowo wszędzie można natknąć się na stwory żądne krwi.

Berg nie jest subtelnym mężczyzną. Tak właściwe, to momentami bardzo mocno mnie denerwował. Zwracał się do Miriam wulgarnie, co niemożliwie mnie irytowało. Jednak pod tą oschłością skrywa się przyzwoity facet, który chwilami potrafi zaskoczyć. Miriam bardzo często zachowuję się jak nierozważna wariatka, lecz wychowała się w sekcie, gdzie doznała wielu krzywd i można jej to wybaczyć. Urocza i nieświadoma praw rządzących światem, szybko musi odnaleźć się w nowej sytuacji. Ma wielki talent i po wielu perypetiach, to Berg zaczyna ją szkolić. Dziewczyna mnie intryguję i jestem szalenie ciekawa, jak potoczą się jej losy w przyszłość, bo sytuacja w jakiej znalazła się pod koniec tej powieść, nie napawa optymizmem.  

„Zakon Krańca Świata” to lektura, którą docenią panowie, bo akcja wre, dialogi są cięte, język ostry, a sam Berg nieokrzesany.   Nie jest to również romans. Relacje Berga i Miriam są bardzo skomplikowane. Mężczyzna niby jej nie lubi i wiecznie narzeka na jej obecność, a mimo to dba o nią. Autorka tworzy nieco surowych bohaterów, których nie zawsze darzy się sympatią, ale ich los nie jest obojętny czytelnikowi, dlatego trudno oderwać się od lektury.

Początek książki był dla mnie trudny, bo została wrzucona w sam środek akcji i to do świata, który bardzo mocno różni się od naszego i byłam zdezorientowana. Dopiero po kilkunastu stronach odnalazłam się w tej historii i bardzo spodobało mi się to, co zaserwowała czytelnikom autorka.


„Zakon Krańca Świata” doczekał się wznowienia i w pełni zasłużenie, bo nadal książka tętni świeżością i oryginalnością. Lektura idealna dla miłośników ostrego fantasy! Dodatkowo w książce znajdziecie ilustrację, które są świetnym dopełnieniem! Polecam 7/10!

niedziela, 12 listopada 2017

"Król Kier" Aleksandra Polak - recenzja

Alicja jest przeciętną licealistką, która wyczekuję matury i studniówki. Ma cudownego chłopaka i wspaniałą przyjaciółkę, lecz nieoczekiwanie jej życie się zmienia. Chłopak to drań i krętacz, a spokojna przyszłość, o której marzyła Alicja, raczej szybko się nie ziści. Dziewczyna myślała, że nic jej już nie zaskoczy, ale się myliła. Wraz z przyjaciółką odwiedzają niezwykłą wystawę, gdzie poznaje Hadriana z Circus Lumos. Dzięki chłopakowi Alicja odkrywa czym jest prawdziwe uczucie i świat, o którym nie miała pojęcia, bo demony czyhają na każdą duszę i tylko światło może ocalić nieszczęśnika.

„Król Kier” to powieść, która miło mnie zaskoczyła, pomimo kilku wad. Tak naprawdę do wielu rzeczy w tej książce mogłabym się przyczepić, jednak najważniejsze, że dobrze i bardzo przyjemnie się czyta!

Jest to typowy romans paranormalny dla młodzieży i bardzo przypomina książki, które kilka lat temu zdobywały listy bestselerów. Na okładce widniej informacja, sugerująca podobieństwo do m.in. Nocnych Łowców, lecz dla mnie „Król Kier” bardzo mocno kojarzy mi się za „Zmierzchem”. Czy to jest złe? Zależy co kto lubi. Ja czasami lubię przeczytać coś lekkiego i w takich paranormalnych klimatach, lecz wszystko ma swój umiar. Rozwój relacji między Alicją a Hadrianem był do przewidzenia, a rodzina chłopaka i sposób ich postępowania oraz przedstawianie ich Alicji, to już była w całości wersja „zmierzchowa”. Były również momenty mało realne i wtedy miałam wielką ochotę zapytać: To tak na serio? Ale kiedy przestałam roztrząsać niektóre kwestie, to całkowicie przepadłam w tej historii.

Pani Aleksandra miała bardzo dobry pomysł, szczególnie jeśli chodzi o wątek paranormalny. Circus Lumos to grupa magików obdarzona wielką mocą. Wykorzystują światło do walki z cieniami, a oni stanowią spore ryzyko dla magików i ludzi, bo wojna między światłem, a ciemnością jest blisko. Circus Lumos mnie zachwycił. Cyrk i magia to połączenie idealne, a sama grupa okazała się pełnia wybuchowych charakterów. Postacie drugoplanowe są dobrze wykreowane, zarówno przyjaciółka Alicji jak i siostry z cyrku, są tak charakterystyczne i sympatyczne, że łatwo je lubić. Alicja chwilami jest niezdecydowana i irytująca, szczególnie na początku. Hadrian, czyli przystojniak nr. 1 jest uroczy i troszkę skradł moje serduszko.


Akcja jest szybka! Brak obszernych opisów, co przyjęłam z ulgą, bo dialogi są zabawne i momentami rozbrajające. Niektórzy obawiają się polskich książek dla młodzieży, jednak po tej wcale nie czuć, że jest dziełem jednej z naszych rodzimych pisarek. Nie wszystkie imiona są polskie i gdyby nie miejsce wydarzeń, to nikt nie zorientowałby się, że to powieść polskiej autorki.


„Król Kier” to powieść nieidealna, ale dobrze wykreowani bohaterowie oraz niepowtarzalny klimat nadrabiają braki i z całą pewność książka może spodobać się młodszym czytelniczką. Circus Lumos jest wielkim potencjałem i jestem ciekawa, jak autorka wykorzysta go w drugiej część, bo z pewnością sięgnę po kontynuację. Nie wszystkie książki muszą być idealne, mogą być również takie, które po prostu dają ogromną przyjemność, pomimo utartych schematów. 6/10

wtorek, 7 listopada 2017

"Terapia" Kathryn Perez - recenzja [przedpremierowa]

Jessica jest samotną i zagubioną dziewczyną, która szuka ucieczki w seksie, by choć na moment poczuć się kochana. Coraz to nowe problemy oraz odtrącenie przez rówieśników, nie ułatwiają sprawy, a Jessica z każdą chwilą coraz bardziej pogrąża się w depresji. Nieoczekiwanie ratunek otrzymuję od szkolnej gwiazdy futbolu. Jace Collins pokazuję dziewczynie, czym jest przyjaźń i zaufanie, ale czasami nawet to nie wystarczy, by ocalić bliską osobę.

„Terapia” to mocna i wstrząsająca powieść i trudno czytać ją z obojętnym wyrazem twarzy. Ciężko powstrzymać się od łez, a ja nawet nie próbowałam tego robić i myślę, że każdy człowiek posiadający uczucia, będzie przeżywał tę historię!

Początek szokuję okrucieństwem i choć trudno uwierzyć w tak wielką bezwzględność, to niestety prześladowanie w szkole jest częstym przypadkiem. Dla młodych ludzi, którzy stoją na pograniczu dorosłości, to prawdziwe wyzwanie. Już na pierwszy rzut oka widać, że  problemy Jess zaczęły się w domu, a później tylko się nawarstwiały i byłam zła na rodziców dziewczyny, za tak wielką ignorancję. Jessica popełnia błędy, ale co dziwnie, rozumiałam ją. Nie jest to usprawiedliwienie, jednak każdy może zagubić się w szaleństwie i bólu, a takich osób nie należy potępić. Należy im pomóc najlepiej jak się potrafi.

Narracja w wykonaniu Jess, jest po prostu cudowna. Dziewczyna obnaża swoje lęki i dusze. Dzięki temu łatwiej ją zrozumieć i nawiązać więź. Podczas czytania miałam ochotę dopingować ją. Nie poddawaj się! Walcz! Kochaj! Ważną postacią jest Jack, który również opowiada kilka rozdziałów. Jego historia również nie należy do najłatwiejszych, jednak to nie on zawładnął moim sercem, a pewien mroczny Kingsley. Nie lubię trójkątów, ale to nie jest ani trójkąt, ani typowy romans. Jest to powieść o życiu i wszystkich jego aspektach. Były momenty, kiedy czułam się przytłoczona, jednak ta książka nie ma być piękna. Ona jest prawdziwa i okrutna. „Terapia” uczy pokory i szacunku do życia, bo ono potrafi być nieprzewidywalne i bezwzględne. Jednym jest łatwo, a inni od dziecka muszą walczyć z demonami, dlatego nie oceniajmy, zanim nie poznamy prawdy. 


Akcja jest zawrotna i trudno oderwać się od lektury, bo cały czas coś się dzieję. Natłok emocji, nieprzewidywalne twisty fabularne i napięcie, które oscyluje na wysokim poziomie, wprawiły mnie w euforyczny stan. Kika lat zawartych w tej książce to stanowczo za mało, chciałabym więcej! Najważniejsze, że książka działa na czytelnika i to jeszcze jak! Nikt obojętnie nie przejdzie obok tej powieści.


„Terapia” łamie serce, rozdziera duszę i po wielu emocjonalnych erupcjach, ofiaruję czytelnikowi błogie ukojenia! Piękna! Jeśli kochacie wyjątkowe i zapadające w pamięci historię, to ta książka z całą pewnością jest dla WAS! Polecam 9/10 ! 

Dziękuję!

Patronat: 

Premiera: 22.11.2017


niedziela, 5 listopada 2017

"Ciężko być najmłodszym" Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa - recenzja

Diran jest synem potężnego Władcy, który jest ciemnym i surowym dowódcą. Jednaka nie wszystko, co ciemne jest złe! Miłość i troska o innych to podstawa, a Di wie o tym najlepiej. Jako najmłodszy syn, był otoczony, aż nazbyt dużą ilością czułości. Chłopak ma siedemnaście lat i by zaznać nieco wolności, postanawia uwolnić z lochów Drużynę Jasnych (nieco zadufanych w sobie wojowników). By dotrzeć do upragnionej szkoły. Di nie przewidział jednego. Będzie to podróż pełna przygód i niekontrolowanych wybuchów mocy. A co jeszcze wydarzy się w tej książce, pozostawiam Wam do odkrycia, a zapewniam, że dużo się w niej dziej!

Jestem zagorzałą fanką rosyjskiej fantastyki i jak wygłodniały wilk rzuciłam się na nową książkę Wydawnictwa Papierowy Księżyc! Kto zna ten unikatowy styl, ten wie, iż są to książki wyjątkowe. Humor, bohaterowie, język oraz akcja, wpływają pozytywnie na odbiór całej powieści.

Zacznę od stylu i języka, bo jest on specyficzny. Autorki umiejętnie i dość swobodnie używają sarkazmu, co ja po prostu uwielbiam. Dialogi to ciąg docinków, sporów i słownych walk, jednak ma to swój urok. Jeśli ktoś raz zasmakował takiego stylu i go polubił, to ta lektura go nie rozczaruje.

Początek książki jest nieco surrealistyczny, a wybory głównego bohatera nierozważne, jednak łatwo wciągnąć się w tę historię! Di jest przesympatyczny! Pragnie być uważany za dorosłego, lecz wzbudza w innych opiekuńcze instynkty! Jest ciekawski, żądny wrażeń oraz waleczny i lojalny. Choć rozmowy między bohaterami przebiegają różnie, to w nim drzemie dojrzałość, która zaskakuje. Artefakty również obrały go sobie za cel! Wiedzą co dobre. 

Drużyna Jasnych to prawdziwa mieszanka wybuchowa i wcale nie przesadzam. Krasnolud, elfka, wojownik, kapłanka i pewien tajemniczy TYP! Oni z pewnością nie pozwolą nikomu się nudzić. 

„Ciężko być najmłodszym” to książka idealna dla fanów Oksany Pankiejewy, Olgi Gromyko oraz Aleksandry Rudej. Do tej ostatniej najbliżej autorkom, bo akcja wre, a dialogi nie pozwalają oderwać się od lektury. Cudownie wykreowane postacie to podstawa, a autorki wykonały swoje zadanie w 120% i zaserwowały czytelnikowi spore grono niezwykłych osobowości. Intrygująca narracja również zasługuje na uznanie. Di świetnie relacjonuję wydarzenia, tym bardziej, że jego uwagi doprowadzają do łez! Wszechwiedzący narrator wprowadza tajemnice, a fascynujące intrygi, które odkrywam z uwagą, a i tak zostałam zmiażdżona finałem! Drugi tom musi jak najszybciej trafić w moje ręce i mam nadzieję, że nie będziemy musieli długo czeka!


Cudowna, zaskakująca i pełna humoru przygodówka, którą pokochają fani rosyjskiej fantastyki, bez względu na płeć i wiek! Niezwykła przygoda! 9/10!

Dziękuję!
Patronat:


czwartek, 2 listopada 2017

"Głęboka próżnia" Alexandra Duncan - FRAGMENT

Tytuł  Głęboka próżnia
Autor:  Alexandra Duncan

PREMIERA 22.XI
YA!

Druga część powieści „Ocalona”.
Miyole, dziewczyna, która opiekowała się Ava, bohaterki książki „Ocalona” sama realizuje teraz swoje marzenie o byciu asystentką na statku badawczym. Jeśli dobrze wszystko rozegra, to w niedalekiej przyszłości będzie mogła prowadzić własne badania i eksperymenty.
Jednak los postawi  na drodze Miyole Cassię – dziewczynę uratowaną z małego statku zaatakowanego przez piracką jednostkę. Razem z dopiero co poznaną dziewczyną uda się w pełną niebezpieczeństw podróż w poszukiwaniu porwanego brata Cassi. W wyprawie życia będzie im towarzyszył – początkowo niechętnie – młody pilot Rubio. Podczas podróży Miyole nie tylko podda się urokowi Cassii ale także zrozumie, że statek badawczy, na którym tak chciała pracować skrywa wiele mrocznych tajemnic…



Rozdział 1

Motyle wciąż umierały. Wzdłuż tylnej ściany gabinetu doktor Osmani, za jej biurkiem, stały rzędem niskie cylindry z żywicy akrylowej, w których znajdowały się delikatne pazie królowej o cętkowanych skrzydłach oraz ciemniejsze motyle ptasioskrzydłe.
               – To musi być jakaś choroba genetyczna – powiedziałam, wyciągając w kierunku doktor Osmani ostatnią ofiarę: zwykłego motyla o niebieskich skrzydłach. – Nie radzą sobie z atmosferą.
               Podniosła wzrok znad biurka zastawionego panoramicznymi monitorami, holograficznymi roślinami w doniczkach i filiżankami po herbacie. Końcem rysika szturchnęła martwego motyla, leżącego na mojej obleczonej w ochronną rękawicę dłoni. Zacisnęła usta, co stanowiło u niej odpowiednik zmarszczenia brwi.
               Skąd wiemy, że przyczyną nie są algorytmy atmosferyczne błędnie wyliczone przez osobę, która zajmuje się owadami? – rzekła.
               Zacisnęłam pięść w przedniej kieszeni mojego kitla laboratoryjnego i popatrzyłam w górę, na obracającą się figurkę nagradzanego konia Osmani, Trafalgara, na szczycie szafy magazynowej. Oczywiście, doktor Osmani obwinia mnie. Inaczej musiałaby przyznać, że zawiodła jej inżynieria  genetyczna.
               – Pszczoły są zdrowe – zauważyłam.
               Zmusiłam się, by rozewrzeć dłoń, wyjęłam rękę z kieszeni i ostrożnie włożyłam niebieskiego motyla z powrotem do przezroczystego plastikowego woreczka.
               – Problemem nie są pszczoły – powiedziała doktor Osmani.
               Rzuciła mi spojrzenie, które zmroziłoby mnie w pierwszych miesiącach pracy u niej. Nawet jej  wysoko upięty, lśniący kok wyglądał, jakby piorunował mnie wzrokiem.
               – Chce pani zobaczyć moje wykresy? – spytałam, walcząc z chęcią skrzyżowania ramion na piersi.
               Zanim dostałam ten przydział, nie interesowałam się entomologią, ale teraz uwielbiałam wszystkie moje roznoszące pyłki owady – zarówno z rzędu Lepidoptera, jak i Anthophila. Przez pierwszych kilka tygodni uczyłam się na pamięć ich nazw. Dostojka dafne, o skrzydłach przypominających witraże. Baroneta, w czarne i złote tygrysie cętki. Ogoniasty szydło, cały lawendowoszary, z wyjątkiem ogniście czerwonej linii na brzegach skrzydeł. Kiedy doktor Osmani po raz pierwszy próbowała obarczyć mnie winą za zaburzenia rozwoju motyli, pomyślałam, że ma rację. Przeniknęło mnie uczucie wstydu tak lodowate, że aż palące. Czy naprawdę mogłam spowodować ich śmierć? Przecież postępowałam tak ostrożnie. Ale gdy dwukrotnie sprawdziłam swoje obliczenia, a doktor Osmani nadal obrzucała mnie oskarżeniami, mój wstyd zmienił się w oburzenie.
               – Nie obchodzę się z motylami ani trochę mniej ostrożnie niż z pszczołami – oświadczyłam. – Mogę tego dowieść.
               – A więc obejrzyjmy te wykresy – powiedziała i wyciągnęła po nie rękę.
               Zawahałam się. W pośpiechu, by pokazać doktor Osmani niebieskiego motyla, zostawiłam mój notebook z wykresami w laboratorium symulacyjnym owadów zapylających.
               – Ja… ee… nie mam ich przy sobie.
               Rysy doktor Osmani stwardniały niczym masa perłowa naszego statku. Westchnęła.
               – A będziesz łaskawa powiedzieć mi, gdzie one są?
               – W laboratorium symulacyjnym? – rzuciłam.
               Wiedziałam dokładnie, gdzie zostawiłam notebook, ale kiedy jestem zdenerwowana, nadaję wszystkiemu, co mówię, niepewną intonację pytającą.
               – Świetnie. – Doktor Osmani uniosła ręce w udawanym geście kapituacji i odwróciła się z powrotem do monitorów na biurku. – Przyślij mi te wykresy. Zobaczymy, co w nich jest.
               Nie zdążyłam się powstrzymać i mimowolnie przewróciłam oczami. Obliczone przeze mnie algorytmy są w porządku.
               – Widziałam to, Guiteau – powiedziała doktor Osmani, nie podnosząc na mnie wzroku.
               Chaila, zaklęłam w duchu. Kiedy się denerwuję, robię się „przemądrzała”, jak mawia moja przybrana matka Soraya, co jest uprzejmiejszym sposobem powiedzenia: „bezczelna”. Odkąd u niej zamieszkałam, usiłuje oduczyć mnie przewracania oczami, lecz nie całkiem jej się udaje. Gdybym była w naszym domu, przeprosiłaby za mnie, albo moja siostra Ava kopnęłaby mnie w piszczel, aby mi przypomnieć, że sama powinnam to zrobić – ale od nich obu dzieliły mnie teraz setki tysięcy kilometrów.
               Doktor Osmani uniosła głowę i zmierzyła mnie zimnym wzrokiem.
               – Ile masz lat, specjalistko Guiteau?
               Poczułam swędzenie w dawnych bliznach na dłoniach. Doktor Osmani doskonale zna moje dane. Zadaje tego rodzaju pytania celowo, ilekroć chce coś udowodnić.
               – Osiemnaście – odpowiedziałam.
               To kłamstwo przyszło mi łatwo. Osiemnaście lat to dolna granica wieku kwalifikującego do służby na statkach Głębinowych Sondowań zajmujących się badaniem i eksploatacją odległych rejonów Próżni – statkach takich jak nasz R.S.S. Ranganathan. W takich momentach żałuję, że kiedy kazałam przerobić swoje dokumenty, nie uczyniłam się starszą – ale choć jestem wysoka, wątpię, czy ktokolwiek by w to uwierzył.
               Doktor Osmani skrzyżowała ramiona i pochyliła się ku mnie nad biurkiem.
               – Byłoby dobrze, panno Guiteau, gdybyś pamiętała, że nie jesteś już rozpieszczoną uczennicą wstępnych kursów. Tutaj jesteś naukowcem. Postaraj się zachowywać stosownie.
               Policzki mi zapłonęły, a w oczy zapiekły łzy. Aż do teraz doktor Osmani była jednym z niewielu członków załogi, którzy nigdy nie wspomnieli ani słowem o moim wykształceniu. Zwłaszcza personel lotniczy lubił dokuczać mi z tego powodu, że uczęszczałam do Akademii Revati, jednej z najlepszych w Mumbaju prywatnych szkół dla dziewcząt. Nawet niektórzy spośród pozostałych asystentów naukowych gwizdali cicho, kiedy im mówiłam, gdzie się uczyłam. Nieważne, jak ciężko pracowałam w Revati, nieważne, że zrezygnowałam z przyjaźni, imprez i wolnych weekendów, żeby tak wcześnie ukończyć naukę w liceum. Nieważne, przez co przeszłam, zanim trafiłam do Akademii. Fakt, że się tam kształciłam, automatycznie czynił ze mnie rozpuszczoną smarkulę.
               – Dobrze – odrzekłam i skinęłam głową, powstrzymując łzy. Nie zamierzałam rozpłakać się w obecności doktor Osmani. W żadnym razie. – W porządku.
               Wyglądało na to, że skończyła rozmowę, więc wepchnęłam ręce w kieszenie kitla i ruszyłam chyłkiem do drzwi.
               – Guiteau?
               Zatrzymałam się i obejrzałam. Doktor wskazała moją kieszeń.
               – Och, racja – rzuciłam.
               Zawróciłam i podałam jej torebkę z niebieskim motylem.
               – Dziękuję – powiedziała. Wzięła ją ode mnie i wyjęła z szuflady biurka długą pęsetę. – To wszystko.
               Pośpiesznie wyszłam z gabinetu, ale nie dość szybko, by uniknąć widoku tego, jak doktor Osmani wyjmuje z torebki niebieskiego motyla i ostrożnie wkłada go do termoplastycznego pojemnika. Kolejny okaz do jej kolekcji.
               Na korytarzu roiło się od ludzi. Na ruchomych chodnikach inżynierzy, technicy i asystenci naukowi lawirowali w ciżbie, przyciskając do piersi notebooki; wracające z ostatniej wachty załogi pilotów parskały śmiechem; członkowie personelu technicznego i pracownicy obsługi pchali wózki z wyposażeniem. Idealne warunki, żeby zniknąć w tłumie.

Weszłam szybko na ruchomy chodnik, który błyskawicznie poniósł mnie w kierunku centrum okrętu. Ranganathan to jeden z największych czynnych statków badawczych. Ma kształt konchy, o długości kilku kilometrów i przebija się spiralnie przez głębie przestrzeni kosmicznej. Jest na tyle wielki, by dzięki wirowaniu wytwarzać własne pole grawitacyjne, i posiada własną flotę mniejszych stateczków służących do przeprowadzania rekonesansów krótszego zasięgu oraz do obrony. Bioinżynieryjny projekt doktor Osmani jest tylko jednym z tysięcy prowadzonych w laboratoriach Ranganathana. Gdy zostanie ukończony, powinniśmy dysponować kilkoma odmianami odpornych pszczół i innych owadów zapylających, dobrze przystosowanych do ciężkich warunków panujących na księżycach i planetach – ciałach niebieskich, które czynimy zdatnymi do zamieszkania przez naszych kolonistów.        Ale najwyraźniej nie będziemy mieć motyli. Przynajmniej dopóki nie zdołamy odkryć, co zaburza ich rozwój.
               Zeszłam z ruchomej ścieżki na prawo, ściągnęłam rękawice i podrapałam się po dłoniach. Każdą przecinała gruba ukośna białoróżowa blizna, ukrywając ich naturalne linie i uniemożliwiając wszelkim wróżkom wystającym na rogach ulic Mumbaju odczytanie mojej przyszłości. Zamknęłam oczy i oparłam się o poręcz, pozwalając, by oblał mnie blask obrazów przyrody jarzących się na ścianie. Nie ma mowy, żebym pognała aż do laboratorium symulacyjnego po mój notebook, żeby doktor Osmani mogła przez resztę popołudnia robić ze mnie kozła ofiarnego. Zresztą ona prawdopodobnie już o mnie zapomniała.

Co nie znaczy, że nie lubię swojej pracy. Lubię. Obserwowanie zachowań owadów zapylających, śledzenie prawidłowości, próby przewidzenia, jakie czynniki wspomogą ich rozwój – uwielbiam to wszystko. Przyglądanie się, jak hipotezy się potwierdzają jest fascynujące. A moje obecne stanowisko zapewni mi w przyszłości możliwość samodzielnego prowadzenia badań laboratoryjnych, dokonywania własnych eksperymentów. Ostatnio jednak zaczęłam się zastanawiać, czy ta gra jest warta świeczki. Wcześniej sądziłam, że będę tu pasowała lepiej niż w domu, w Mumbaju. Myślałam, że znajdę się pośród ludzi podobnych do mnie, którzy mnie zrozumieją. Ale tak się nie stało. Bez względu na to, dokąd trafiam, zawsze różnię się od innych. Jestem za młoda. Nie wyglądam na Hinduskę. Nie mam poczucia humoru.
               – Zażyłaś już dziś swój potas? – odezwał się cicho mój naręczny komunikator przyjaznym głosem przypominającym mi Shushri Advani, instruktorkę jazdy konnej w Akademii Revati. – Odpowiednia równowaga elektrolityczna stanowi niezbędny warunek zachowania zdrowego serca i mięśni.
               – Nie teraz, Advani-ji – mruknęłam i wcisnęłam wytłumienie dźwięku komunikatora.
               Nasze trykoty i kombinezony ciśnieniowe monitorują łącznie puls, stan układu nerwowego i oddech, szukając oznak stresu. To wspaniale, tylko że Advani-ji nie zawsze potrafi uchwycić różnicę
pomiędzy niedoborem potasu a irytacją.
               Wokół mnie na ścianach i na suficie zmieniały się obrazy ukazujące sceny z rodzinnych stron. Przy ruchomym chodniku pojawiło się młode drzewko wilgotne od rosy, skąpane w złocistozielonym świetle. Szeleścił bluszcz, śpiewały ptaki, a pośród konarów śmigały papugi o jaskrawym upierzeniu. Od czasu do czasu poprzez liściaste gałęzie dostrzegałam przelotnie łąkę. Można by niemal wyobrazić sobie, że jest się z powrotem na Ziemi, gdyby nie sterylna woń. Trochę zeszło ze mnie napięcie.
               – Hej, memsahib – usłyszałam i ktoś klepnął mnie z tyłu w ramię. – Jedziesz chodnikiem jak my wszyscy? A gdzie twój koń?
               Zesztywniałam i szybko wsadziłam ręce w kieszenie. Nie musiałam się odwracać, by wiedzieć, że to Hayden Rubio. Rozpoznałam go po ostrym, sosnowym zapachu wody kolońskiej. Nie powinnam była nigdy wyjawiać, że w Revati brałam lekcje jazdy konnej – ale powiedziałam o tym, zanim się zorientowałam, że personelowi lotniczemu nie można ufać, zwłaszcza przystojnemu zielonookiemu Rubio o zmierzwionych włosach.

Odwróciłam się, grzebiąc w kieszeniach w poszukiwaniu rękawic, i obrzuciłam go moją najlepszą imitacją ostrego, śmiercionośnego spojrzenia doktor Osmani.
               – Cześć, Rubio.
               – Witaj, memsahib Guiteau – odrzekł z ceremonialnym ukłonem.
               Wzniosłam wzrok ku fałszywemu błękitnemu niebu i westchnęłam. Rubio zaczerpnął zwrot „memsahib” z jednego z tych starych filmów o brytyjskiej okupacji Indii, w których pełno jest mdlejących i oblewających się rumieńcem białych dam, wystrojonych aż po szyję w koronki i paradujących z parasolkami. Nie mam pojęcia, dlaczego skojarzył je ze mną – dziewczyną o ciemnej cerze, z włosami związanymi w praktyczny warkocz, noszącą laboratoryjny kitel.
               – No co? – spytał i trącił mnie łokciem. – Czy nasza Władczyni Pszczół nie zniży się do rozmowy ze mną?

– Zamknij się, Rubio – rzuciłam i zdołałam wciągnąć jedną rękawicę.
               – Przemówiła do mnie! – wykrzyknął. Przycisnął dłoń do piersi. – Och, moje serce nie zniesie tak wielkiej łaski…
               Odwróciłam się do niego plecami i usiłowałam założyć drugą rękawicę. Nie zamierzałam dziś pozwolić, żeby Rubio mi dokuczał. Po prostu pojadę dalej ruchomą ścieżką, a on w końcu się odczepi i pójdzie sobie.
               Rubio znowu klepnął mnie w ramię.
               – A więc, memsahib…
               Moje dwa palce, mały i serdeczny, trafiły w ten sam otwór rękawicy.
               – Przysięgam, Rubio, jeśli jeszcze raz mnie tak nazwiesz, pożałujesz, że nie urodziłeś się bez języka.
               Gdy go poznałam, nie mógł uwierzyć, że przybyłam z Mumbaju. On i pozostali członkowie zespołu pilotów byli młodsi od moich kolegów, asystentów naukowych – mniej więcej w takim wieku, jaki widniał w moich dokumentach – i mniej skłonni do pogrążania się w lekturze w trakcie posiłków. Miałam dość jedzenia w milczeniu, więc w drugim tygodniu lotu zaniosłam swoją tacę do ich stolika na drugim końcu mesy.
               Rubio zawołał do mnie wtedy przez stół:
               – Hej, ty, dziewczyno z laboratorium!
               Podniosłam na niego wzrok i uniosłam brwi.
               – Mówisz do mnie?
               – Tak, do ciebie.
               Skrzywiłam się.
               – Mam imię, wiesz?
               – Tak? Zechcesz nam je zdradzić?
               – Miyole – powiedziałam.
               – Miyole i co dalej?
               – Guiteau.
               – Miyole Guiteau? – powtórzył płaskim, nosowym głosem.
Uniósł brwi i włożył do ust kawałek pieczonego ziemniaka. – Co to za nazwisko? Francuskie czy jak?
               – Haitańskie – wyjaśniłam.
               Chociaż gniazdo rodzinne mojej matki pochłonęły wzbierające oceany, jednak nauczyła mnie, skąd pochodzi moje nazwisko.
Przynajmniej tyle o niej pamiętałam.


               (...)


Patronat medialny