SZTYLET ŚLUBNY
FRAGMENT
Furgon, skrzypiąc pękniętą osią, jechał powoli drogą.
Koleiny zarosły świeżą, zieloną trawą i nie było na nich ani jednego śladu kół
wozu czy końskich kopyt. Wszędzie dokoła dziewicza przyroda radowała się
wiosną, głośno szczebiotały ptaki, całymi stadami zrywające się z gałęzi do
lotu.
Nie miałam bladego pojęcia, dokąd jedziemy, tak samo,
jak cała reszta naszej drużyny królewskich głosów. Zdaje się, że zabłądziliśmy
jeszcze wtedy, gdy nas otruto w mieście, którego burmistrz nie miał ochoty
odkrywać przed nami sekretów swoich ksiąg rachunkowych. Nocna, rozpaczliwa
ucieczka przed śmiercią w postaci wielkiego stada wilkołaków tylko wszystko
pogorszyła.
Wracać też nie mogliśmy, gdyż nad trupami wilkołaków
już krążyły worony – ogromne, drapieżne ptaszyska wielkości krowy – należało
więc zabierać się jak najdalej, żebyśmy nie zostali ich przekąską.
- Jedziemy naprzód – zdecydował Dranisz po dłuższej
chwili studiowania mapy. – A potem się zobaczy, co dalej. Skoro jest droga, to
musi nas gdzieś zaprowadzić.
- Ludzka maniera rysowania map pogrąża mnie w jeszcze
głębszej depresji – oznajmił Daezael, wzgardliwie tykając palcem jednolitą,
zieloną plamę wstydliwie ozdobioną dwiema krzywymi choineczkami. – Jesteśmy
gdzieś tutaj, tak? Wszystko jasne! A najważniejsze: jak szczegółowo narysowane!
- Nie wiem, gdzie Jarek skręcił z głównej drogi, kiedy
źle się poczuł! – burknął troll. Dwie doby temu burmistrz głównego miasta
dominium nie wymyślił nic lepszego, jak tylko dosypać nam trucizny do jedzenia.
Wykaraskaliśmy się z opałów jedynie dzięki elfickim medykamentom i sile magii
rodu. – I nie wiem, kędy prowadziłeś furgon nocą. Więc skąd mogę wiedzieć,
gdzie jesteśmy, skoro tutaj zaznaczona jest tylko główna droga i rzeka na
granicy królestwa?!
- A dlaczego nie wzięliście szczegółowej mapy dominium
od jego Władcy, Bicza?
U starego, lecz szalenie ambitnego arystokraty
gościliśmy niedawno, a Jaromir przyjaźnił się z Tomigostem Biczem, więc w jego
zamku mogliśmy otrzymać wszystko, czego tylko zapragnęliśmy.
- Skąd mam wiedzieć?! – ryknął Dranisz, ciskając mapę
w głąb furgonu.
Jaromir Wilk po nocnym starciu z wilkołakami pogrążył
się w głębokim śnie. Był wyczerpany magicznie, więc dowództwo przejął troll,
jako najwyższy stopniem i posiadający doświadczenie bojowe. Pomimo tego, że na
wiedzy i doświadczeniu mu nie zbywało, Dranisz nie miał ochoty wydawać rozkazów
(w dodatku takiemu obszarpanemu wojsku). Martwił się o przyjaciela i złośliwe
przytyki elfa drażniły go bardziej niż zwykle.
- Nie kłóćcie się – poprosiłam. – Wszyscy razem
znaleźliśmy się w tej sytuacji i razem będziemy się z niej wyplątywać. Kłótnie
tylko wszystko pogorszą.
- Nienawidzę, kiedy jesteś taka – powiedział Daezael.
– Zwróćcie mi tę poprzednią Milę! Kiedy jesteś taka spokojna i mówisz oklepane
frazesy, mam ochotę cię udusić. Cięciwą od mojego połamanego łuku.
Łuk elfa rzeczywiście ucierpiał podczas starcia z
wilkołakami, jednak mnie się wydawało, że najbardziej zaszkodził mu mój upadek
w kolczaste krzewy – biedny oręż złagodził obrażenia, ale sam nie przetrwał.
Oczywiście rozsądnie to przemilczałam.
- Byłoby ci lżej, gdybym miotała się histerycznie i
krzyczała: Aaaaa, zginiemy, zginiemy!? – spytałam, pocierając zadrapania.
Wcześniej jedynie Czestomir Dąb, mój przyjaciel z
dzieciństwa, potrafił tak szybko doprowadzić mnie do białej gorączki, jednak
teraz zdobył godnego rywala w postaci elfa z depresją. Mimo wszystko szanowałam
ich obu jednakowo mocno.
Zamiast odpowiedzieć, Daezael objął głowę rękami i
przycisnął twarz do kolan. Pod naciągniętą tkaniną jego koszuli wystąpiły kręgi
i żebra. Uzdrowiciel wyglądał na bezbronnego i kruchego, jak nigdy.
Teraz wszyscy moi towarzysze nielekkiej służby w imię
królewskich podatków drzemali wewnątrz furgonu, a ja siedziałam na koźle i
uważnie wpatrywałam się w drogę, starannie omijając wyboje i jamy. Pojazd
napędzała magia, a w obecnej chwili ja byłam jedyną osobą, która mogła go
ruszyć z miejsca. Percival uprzedził, że w razie czego furgon nie wytrzyma
kolejnej katastrofy, a my zostaniemy na obcym terytorium bez środka transportu
i dachu nad głową.
- Posuń się – mruknął ochryple uzdrowiciel za moimi
plecami.
Drgnęłam zaskoczona. Pogrążona w myślach nie
słyszałam, jak podszedł.
- Napięte nerwy? – zauważył, ciężko przetaczając się
nad oparciem ławki i kładąc głowę na mych kolanach.
Daezael wyglądał jeszcze gorzej niż godzinę temu.
Skóra mocno opinała kości, policzki zapadły się, a oczy na tle zielonkawej
twarzy wydawały się ogromne.
- Co z tobą? Bardzo źle? – zapytałam.
- Głupie pytanie – warknął. – Nie. Czuję się świetnie.
Tak dobrze, że na moim ciele niebawem wyrosną kwiaty.
Umierając, elfy zmieniały się w kwietniki, ale z
jakiegoś powodu mnie się zawsze wydawało, że na mogile naszego uzdrowiciela
wzejdą tylko osty.
- Czemu nic nie robisz? Dlaczego się nie uleczysz? –
zaniepokoiłam się. Owszem, Daezael był złośliwym mizantropem, ale przy tym…
pierwszą osobą, która stała mi się naprawdę bliska w ciągu ubiegłych dwóch lat,
nie licząc niani.
- A co ja mogę zrobić? – wyszeptał, zamykając oczy i
wyciągając chude ręce wzdłuż ciała. – Przesadziłem z magią. Najpierw leczyłem
was z zatrucia, potem gnałem furgonem, uciekając przed wilkołakami… Nie jestem
z żelaza, nie mogę cały czas jechać na stymulatorach. Pozostało mi tylko umrzeć
na kolanach pięknej dziewczyny. A skoro pięknej tu nie ma, to muszę się
zadowolić tym, co jest.
Nie powiem, by określenie moich kolan, jako
najlepszego miejsca do umierania mnie uradowało.
- Mogę coś dla ciebie zrobić? – spytałam żałośnie.
Elf otworzył jedno oko.
- A co jesteś gotowa zrobić, żeby mnie uratować?
Zastanowiłam się chwilę, ale jednak zdecydowałam.
- Wszystko!
- Wszystko? – powtórzył Daezael podejrzliwie. – Nawet
więcej niż dla kapitana?
- Tak – odparłam stanowczo. Wobec Jaromira nie żywiłam
żadnych szczególnie ciepłych uczuć, choć rozumiałam, że nie przeżyjemy bez jego
dowództwa.
- W takim razie daj mi swojej krwi – zajęczał
umierający i szeroko otworzył usta.
Zatrzymałam furgon i wyjęłam z pochwy swój sztylet.
Ostatecznie poprzednio zgodziłam się na seans wyższej magii z użyciem mojej
krwi, by ocalić kapitana. W czym elf miałby być gorszy?
- Nie – zaprotestował Daezael. – Ja chcę cię ugryźć!
Zębami!
- Jesteś elfem czy wampirem? Nie wystarczy ci krew z
nacięcia? Musisz gryźć?
- Oczywiście! Zawsze marzyłem, by spróbować, jak to
jest, tylko jakoś nie trafiałem na odpowiedni nadgarstek…
- Daezael! – oburzyłam się. Miałam ochotę zrzucić go z
kolan. – Wydurniasz się? Potrzebna ci moja krew czy nie?!
- Nie – odparł elf, jakby nigdy nic, objął mnie w
talii i przytulił twarz do brzucha. – Mumughmghuymmm…
- Co?
Uzdrowiciel raczył oderwać się ode mnie i wyjaśnić:
- Mówię, że z jakiej racji miałbym się leczyć krwią
tobie podobnych? Kompletnie nie znasz się na fizjologii elfów. Po prostu muszę
odpocząć.
- Ale dlaczego u mnie na kolanach? Idź do furgonu,
połóż się wygodnie i śpij, ile chcesz.
- A wiesz, dlaczego bogaci starcy otaczają się młodymi
dziewczętami? Po to, by spijać z nich życiową energię! I ja też będę spijał…
Nie kręć się! Oddychaj równo! Stwórz mi normalne, uspokajające warunki dla
pełnowartościowej regeneracji.
- I dlatego koniecznie musisz mi dyszeć w brzuch? To
łaskocze.
Elf przewrócił się na plecy i w zadumie popatrzył do
góry, na mój podbródek, aż przejął mnie dreszcz.
- Powiedz, Mila, kiedy ostatnio oddychał w twój brzuch
mężczyzna – tak po prostu, odpoczywając i czerpiąc z tego przyjemność? Nie
tęsknisz za tym?
Długo milczałam, wpatrując się w powoli wpełzającą pod
koła drogę.
- Skąd tak dużo o mnie wiesz? Przecież nigdy niczego
nie opowiadałam o tym, jak żyłam, zanim wstąpiłam na służbę. Dlaczego wydaje mi
się, że rozumiesz mnie lepiej, niż ktokolwiek inny?
- Dziecino – odezwał się Daezael pobłażliwie. – Jestem
uzdrowicielem. Z racji zawodu powinienem umieć zgadywać, co pacjenci przede mną
skrywają. A ty na dodatek jesteś zbyt interesującą zabawką, żeby cię nie
obserwować.
- Zabawką?
- No, ewentualnie cennym egzemplarzem w mojej kolekcji
ludzkich dziwactw. Wybierz sobie określenie, które bardziej ci się podoba.
Oddychaj równo! Czemu serce ci tak wali? Nie zamierzam nikomu zdradzać twoich
tajemnic. Przeciwnie, będę z przyjemnością obserwował, jak same wyłażą na
wierzch. Ależ będzie ubaw!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz