czwartek, 2 października 2014

"Dziewczę z sadu" L.M. Montgomery- recenzja


Lucy Maud Montgomery to kanadyjska pisarka (1874-1942) znana przede wszystkim z cyklu „Ania z Zielonego Wzgórza”. Jej książki poznały miliony czytelników. „Dziewczę z sadu” to moje pierwsze spotkanie z autorką.

Eric Marshall, skończył studia i planował pomóc ojcu prowadzić rodzinny interes. Choroba przyjaciela zmieniła jego plany. Larry West poprosił Erica o zastąpienie go w pracy. Młody mężczyzna zgadza się i wyjeżdża na Wyspę Księcia Edwarda i zostaje nauczycielem w Charlottetown. Na miejscu poznaję piękną dziewczynę Kilmeny, której oddaje swe serce.

Eric to miły, przystojny dwudziestoczteroletni mężczyzna, który jeszcze nigdy się nie zakochał. W nowym miejscu nudzi się i nie znajduję zadowolenia z pracy. Wszystko się zmieniło, kiedy spotyka Kilmeny. Dziewczyna wychowywana w samotności jest niemową. Między tym dwojgiem uczucie rośnie z dnia nadzień, lecz Eric będzie musiał walczyć o miłość, gdyż Kilmeny nie tak łatwo przekonać do zamążpójścia.

Jest to kolejne wydanie książki, piękna nowa okładka zachęca do poznania lektury. Wydawnictwo Egmont rozpoczął nową serię, nazwaną romantyczną i można w niej znaleźć wiele ciekawych pozycji.  

„Dziewczę z sadu” to po prostu książka o dziewczynie z sadu, tam się spotykali i poznawali. Jest to bardzo krótka lektura i ciężko napisać o niej recenzje nie zdradzając zbyt wiele.  Główny wątek to miłość między bohaterami. Uczucie niezwykle czyste i delikatne. Książka jest idealna zarówno dla młodej dziewczyny jak i dorosłej kobiety. W jeden wieczór można poznać historię pięknej miłości i zapragnąć takiego uczucia dla siebie. Miła lektura, polecam

4/6
Dziękuję!!!
 

Coś dla mamy i dziecka- edycja październikowa: blogowanie z Canpolbabies

Blogujące Mamy,

Lubicie testować?

Canpol Babies poszukuje blogerek-testerek, do testowania swoich produktów.

Macie czas do 31 października, Canpolbabies proponuje Mamom - Blogerkom 20 mat do zabawy "Dżungla" oraz 10 dla organizatorek konkursów, z których każda otrzyma 1 matę jako nagrodę do swojego konkursu.


 Blogosfera to miejsce, w którym otrzymujecie produkty do testowania lub organizacji konkursów na swoich blogach. Zapraszam tutaj

środa, 1 października 2014

"Córka żywiołu" Leigh Fallon- recenzja


Megan Rosenberg przeprowadziła się do Irlandii z Ameryki. Dziewczyna rozpoczyna naukę w szkole, gdzie poznaje nowych ludzi, ale najdziwniejsze jest to, że jej osobą zaczyna interesować się Adam, chłopak z tajemniczej rodziny, wokół której krążą, różne dziwne historie. Megan zaczyna w nie wierzyć, gdyż widzi rzeczy nie z tego świata. Szybko okazuję się, że te dwójkę przyciąga do siebie ogromna nadprzyrodzona siła, lecz to uczucie może zagrozić światu.

Początek książki był dość infantylny i nudny. Megan od razu zakochała się w Adamie, choć nie zamieniła z nim prawie słowa. Nieustannie do niego wzdychała i wychwalała jego piękno. Szczęście, że po setnej stronie akcja nabrała rozpędu i mogłam się skupić na czymś innym, niż wielka pierwsza miłość.  Po przeczytani tytułu „Córka żywiołu”, od razu pomyślałam o wodzie, ogniu, ziemi i powietrzu. Nie myliłam się. Adam, jego siostra Aine oraz starszy brat posiadają moc władania jednym żywiołem. Już w chwili poznania tej trójki wiedziałam, co się święci. Często w literaturze młodzieżowej można się spotkać z nadprzyrodzoną rodziną i tutaj nie zostałam zaskoczona. Mimo wszystko, łatwo ich polubić. Każdy ma swoje problemy i dramaty, które chciałam poznać, jednak to Rian został moim ulubieńcem. Impulsywny, zraniony, niebezpieczny i piękny. Moim zdaniem najlepiej wykreowana postać. Megan, jako główna bohaterka wiele razy mnie zaskoczyła swoją lekkomyślnością. Ignorowała zagrożenia oraz do niektórych spraw podchodziła zbyt pochopnie. Bardzo mi się podoba, że nie robi z siebie męczennicy i bez względu na wszystko wie, że nie zrezygnuje z Adama, z pewnością jest to przejaw egoizmu, ale mam już dość bohaterek poświęcających się dla innych. Adam początkowo był mdły i zbyt idealny jednak, kiedy na horyzoncie pojawiła się możliwość rozłąki z ukochaną nabrał charakteru i muszę przyznać, że zagrożenie podziałało na niego pozytywnie.

Jak już prędzej wspomniałam związek między Megan a Adamem może być niebezpieczny , nie jest to zbyt oryginalny pomysł i sądzę, że autorka zbytnio skupiła się na uczuciach, ponieważ kiedy pojawiały się momenty magiczne, niebezpieczne lub związane z historią naznaczonych akcja nabierała tępa i czytałam zaciekawiona. Język jest młodzieżowy, idealnie się sprawdził, gdyż jest to lektura w szczególności skierowana do młodzieży. Bardzo szybko przeczytałam książkę i jest to dobry początek serii, jednak nie dowiedziałam się za wiele. Jestem ciekawa jak potoczą się dalsze losy bohaterów.

„Córka żywiołu” to książka, która zachwyca miejscem, gdzie została osadzona akcja. Piękne widoki i druidzkie historie Irlandii mnie urzekły. Były chwile, kiedy czułam się rozczarowana, jednak wątek magiczny mi to wynagrodził. Dobry początek serii, jednak mam nadzieję, że kontynuacja będzie lepsza.

4-/6
Dziękuję!!
 

poniedziałek, 29 września 2014

Coś dla mamy i dziecka: blogowanie z Canpolbabies


Blogujące Mamy,

Lubicie testować?

Canpol Babies poszukuje blogerek-testerek, do testowania swoich produktów.

Macie czas do 30 września, Canpolbabies proponuje Mamom - Blogerkom 100 zestawów butelek do testowania albo 3 zestawy do rozdania w konkursie na blogu jako nagrody dla 10 blogerek.

 
Blogosfera to miejsce, w którym otrzymujecie produkty do testowania lub organizacji konkursów na swoich blogach. Zapraszam  Tutaj

niedziela, 28 września 2014

"Dzień, w którym umarłam" Belen Martinez Sanchez- recenzja


Tytuł: Dzień, w którym umarłam
Tytuł oryginalny: Lilim
Autor: Belen Martinez Sanchez

Wydawnictwo: MIRA
Data wydania:
10.09.2014
ISBN:
978-83-276-0909-0                                                                                        Liczba stron: 380

Moja ocena: 5/6

 
Diletta Mair jest zwyczajną dziewczyną, jedyne, czym zwraca uwagę to różnokolorowe oczy. Diletta prowadzi z pozoru spokojne życie, aż do momentu rozpoczęcia nowego roku szkolnego. Nieoczekiwanie zostaje zraniona przez kolegę z klasy Aloisa. Aroganta i po prostu chamskiego osobnika. Od tego momentu jej życie biegnie z pewnością nie w dobrą stronę. Najlepszy przyjaciel chce ją zabić, duchy, które widzi uwzięły się na nią a Alois, pomimo, że jest sprawcą jej problemów, nie raczy udzielić pomocy. Wszystko było by dobrze, gdyby Diletta nie umarła. Jednak to nie koniec książki, oj nie, to dopiero początek. Przed bohaterką piekło staje otworem a jej ukryty dar sprawi, że dziewczyna szybko zaczyna awansować w hierarchii wojska Panteonu.  

W książce spotykamy się z diabłami zwanymi Lilim oraz aniołami. Można by oczekiwać, że anioły są dobre a diabły złe. Nic bardziej mylnego. Postacie nie są czarne i białe, lecz pokazane w odcieniach szarości. Przebywając w Panteonie, czyli piekle miałam wrażenie, że jestem w realnym świecie, gdzie każdy ma prace i żyje normalnie, a jedyne, na co trzeba uważać to ataki aniołów.

Diletta jest dziewczyną, którą łatwo polubić. Mówi, co jej ślina na język przyniesie, co nie raz prowadzi do kłopotów. Bohaterka wielokrotnie przejawiała brak odwagi i to mi się nie podobało. Otrzymała wysokie stanowisko a tak naprawdę nie umiała walczyć. Z biegiem czasu można zauważyć subtelną zmianę i Diletta dorasta. Jeśli chodzi o Aloisa, drugiego bardzo ważnego bohatera mogę powiedzieć, że jego wysokie mniemanie o sobie ubawiło mnie do łez.

„ A ja, Alois Petersen, cudowne dziecko, bez wątpienia jestem doskonały”

Takich uwag nie brakuję i wielokrotnie arogancja bohatera mnie zdumiewała. Od początku podejrzewałam, że pod tą zbroją znajduję się chłopak, który ma dobre, lecz samotne serce. 

Książka nie jest wielkim arcydziełem i oryginalnością nie grzeszy, jednak zakochałam się. Dlaczego? Po pierwsze,” Invocato” Pani Agnieszki Tomaszewskiej jest moją ulubioną książką, do której wracałam już wielokrotnie. „Ja, diablica” również napisana jest podobnym stylem i dawno nie trafiłam na książkę, przy której bawiłam się równie dobrze jak przy wyżej wymienionych, aż tu niespodziewanie trafiłam na „Dzień, w którym umarłam”. Kolejny powód, dla którego polecam jest humor na najwyższym poziomie. Bohaterowie są interesujący i posiadają mocne charaktery. Nie mogę nie wspomnieć o okładce. Jest straszna, mam wrażenie, że gdzieś ją widziała i moim zdaniem nie pasuję do treści.

Książka jest napisana prostym, młodzieżowym językiem, który  świetnie się sprawdza. Czyta się szybką dzięki dynamicznej akcji. Początkowo myślałam, ze to kolejny zwykły paranormal, szkoła i pewny siebie chłopak, ile tego już było? Nie oczekiwałam wiele, jednak, kiedy Diletta umarła i przeniosła się do Panteonu książka całkowicie mnie pochłonęła i szczerze zaskoczyła.

„Dzień, w który umarłam” to książka w szczególności skierowana do młodzieży. Napisana jest w oryginalny sposób i posiada ten specyficzny rodzaj humoru, który lubię. Między Dilettą a Aloisem zaczyna rozwijać się uczucie a mimo to do ostatniej strony nie szczędzą sobie złośliwości. Jeśli szukacie książki poważnej i skłaniającej do przemyśleń, odradzam. Ten arogancki diabeł i płochliwa wariatka zapewnią wam świetną zabawę i wielokrotnie rozbawią. Polecam żądnym dobrej zabawy!

 Dziękuję!
 

czwartek, 25 września 2014

"Powód by oddychać" Rebecca Donovan - recenzja

Tytuł: Powód, by oddychać
Tytuł oryginalny: Reason to Breathe
Seria: Oddechy
Autor: Rebecca Donovan

Wydawnictwo: Feeria
Data wydania:
24 września 2014                                                          
ISBN: 9788372294166                                                                                                     Liczba stron: 496


Moja ocena: 5+/6
Emma mieszka w bogatej okolicy w stanie Connecticut. Jej trudna sytuacja rodzinna sprawiła, że musiała zamieszkać z wujkiem George i ciotką Carol. Dziewczyna ma jasno wyznaczony cel, przetrwać do końca szkoły i pójść na studia. Odlicza dni, uczęszcza na zajęcia zaawansowane, jest gwiazdą sportu, jednak prawie z nikim nie rozmawia. Jej jedyną przyjaciółką jest Sara. Świat Emmy jest ułożony i z pozoru spokojny do czasu spotkania Evana Matthewsa, który zburzy jej mury obronne a głęboko skrywany sekret dziewczyny powoli zostanie odkryty.
Emma a właściwie Emily, ponieważ tak brzmi jej prawdziwe imię jest ofiarą przemocy w rodzinie. Jest to jasne od pierwszych stron. Byłam zdziwiona jak szybko jej historia mnie pochłonęła. Autorka stworzyła tak prawdziwą postać, że było to aż przerażające. Emily jest niezwykle silna, to, co ją spotyka umacnia w przekonaniu, że robi dobrze milcząc, by chronić kuzynostwo. Jej zachowanie jest dla mnie przejawem skrajnej głupoty, gdyż każdy wie, że milczenie jest najgorszym rozwiązanie.   Pomimo tego, że przez cały czas irytowało mnie jej milczenie, polubiłam ją. Ma piękny charakter. Silna i wytrwała, dba o innych. Skupiłam się całkowicie na jej osobie i trzymałam kciuki, aby wytrwała i w końcu zaznała szczęścia, które Evan może jej dać. Chłopak sympatyczny i uroczy, a mimo wszystko nie wymuskany i idealny, on również popełnia błędy, dzięki czemu ich historia jest niezwykle realna.
Książka napisana jest prostym językiem. Czyta się szybo a 490 to nie mało a jednak uciekło nim się obejrzałam. Książka ma swoje lepsze i gorsze momentu. Zacznę od początku, poznajemy Emme, jej sytuacje rodzinną i relacje z rówieśnikami. Bez wątpienia mocny początek. W momencie poznania Evana następuję lekki przestój z akcją. Bohaterka stara się zatrzymać tę znajomość na etapie przyjaźni i tu nastaje ta gorsza część, bohaterowie potajemnie się spotykają, Emma często jest poniżana w domu a wszystkie te chwilę się powtarzają. Chciałam, aby wydarzyło się coś nieoczekiwanego a tu trwałam w zawieszeniu, na szczęście nie dość długo, aby mnie zniechęcić. Kiedy akcja nabrała tępa, byłam dosłownie zgubiona. Z zapartym tchem śledziłam losy Emmy i Evana i zdecydowanie trzecia część książki jest najlepsza a zakończenie wstrząsające. Jak można zostawić czytelnika tak oniemiałego i zaskoczonego? Nie wiem jak wytrzymam do następnego tomu w niewiedzy.
Bardzo ważnym tematem lektury jest przemoc. Autorka nie szczędzi opisów okrucieństwa, jakie spotyka Emily, szczególnie ze strony ciotki. Padają ostre słowa, które niejednokrotnie sprawiały, że w zdumieniu patrzyłam na tekst przed sobą, jednak najgorsze były chwile, kiedy Carol używała siły na podopiecznej. Jej chora fascynacja krzywdą dziewczyny mnie oszałamiała. Kobiet niejednokrotnie doprowadziła do krwi, pozostawiała po sobie blizny i czuła się bezkarna. Podziwiałam Emily za jej odwagę i wytrwałość. Autorka zgotowała prawdziwy wir emocji. Naprawdę trudno przeczytać całą książkę nie roniąc łez. Wielokrotnie czułam złość, oburzenie a nawet obrzydzenie do Carol i Georga. Jak można tak traktować drugiego człowieka? W tym bestialskim świecie można znaleźć również pozytywy napawające nadzieją i szczególnie jej doceniłam.
„Powód by oddychać” jest książką, którą należy przeczytać, choć jestem świadoma, że nie wszyscy ją pokochają tak mocno jak ja. Prawdziwość tej historii dosłownie chwyciła mnie za duszę. Przeraża mnie świadomość, że gdzieś jest prawdziwa dziewczyna, kolejna Emily która cierpi i przeżywa katusze za zamkniętymi drzwiami, w tajemnicy przed wszystkimi. Jest to historia o dorastaniu, bólu i trudnych wyborach. Nie jest to piękna opowieść miłosna. Relacje bohaterów są autentyczne, nie brak w nich błędów, niedomówień i raniących słów. Z fascynacją patrzyłam na rozwijające się między nimi uczucie, piękne i czyste. Zaopatrzcie się w chusteczki i pozwólcie sobie na przeżycie tej okrutnej a zarazem cudownie rozczulającej historii razem z Emily.
Dziękuję:

poniedziałek, 22 września 2014

"Łza" Lauren Kate- recenzja


Eureka nie może się otrząsnąć po śmierci matki. Popada w apatie, nie jest wstanie odnaleźć szczęścia. Pomimo, że posiada wsparcie ojca i macochy, nie umie tego docenić. Jej cały świat, którym była matka legł w gruzach. W testamencie otrzymuję medalion, kamień gromu i księgę, której nie potrafi przeczytać. Przedmioty bardzo tajemnice i na pozór niewinne. Kiedy przyjaciel Eureki zaczyna się nimi interesować i celowo ranić dziewczynę pojawia się tajemniczy Ander, który zrobi wszystko, aby ochronić Eurekę. Matka nauczyła jej bardzo ważnej rzeczy: „Nigdy, przenigdy nie płacz”, zadanie bardzo trudne, biorąc pod uwagę, że dziewczyna jest raniona i traci bliskich. Łatwo się załamać w takich chwilach, jednak musi pamiętać, że jej łzy mogą zmienić wszystko.

Eureka jest bardzo silną bohaterką, nieuległa emocją, co większość postrzega za dziwne. Moim zdaniem jest to sposób ucieczki przed bólem, a każdy sobie z nim radzi tak jak umie najlepiej. Autorka bardzo plastycznie pokazała to, co przeżywa bohaterka. Jej wątpliwości, smutek, obawy oraz wewnętrzne przemyślenia i postrzeganie swoich błędów. Eureka jest zamknięta w sobie, co utrudnia relacje z innymi, dlatego skupiamy się głównie na niej. Drugim bardzo istotnym bohaterem jest Brooks. Przyjaźnili się od najmłodszych lat. Wspaniały chłopak i przyjaciel, oczywiście do pewnego czasu. Jak dla mnie jest największym przegranym książki. Cały czas mam nadzieję, ze jego los jeszcze się zmieni. Nie mogło oczywiście zabraknąć pięknego i dobrego chłoptasia, który niczym rycerz w lśniącej zbroi pędzi na pomoc ukochanej, czyli Ander. Nie mogę powiedzieć o nim za wiele, ponieważ dopiero go poznajemy.

Fabuła bardzo interesująca. Porusza wiele zagadnień począwszy od mitologii, przez stratę bliski do miłości. Cieszę się, że nie jest to kolejna powieść o aniołach czy innych utartych postaciach fantasy. Od samego początku jest jasne, co mogą spowodować łzy Eureki, jednak nie spodziewałam się tak zaskakującego pomysłu. Przeznaczenie odgrywa istotną rolę i w takich chwilach zastanawiam się, czy bohaterom uda się je zmienić. Jak na razie wszystko jest niejasne i czytając pojawiają się coraz to nowe pytania. „Łza” jest początkiem serii i to bardzo udanym. Rozbudziła moją ciekawość i z przyjemnością przeczytam kolejny tom.

Wątek miłosny jest obecny, ale zaznaczę, że nie wybija się na pierwszy plan. Eurek stara się odkryć tajemnicę matki i prawdę o sobie i na tym głównie się skupiamy. Akcja może nie jest bardzo zawrotna, ale powiedziałbym, że wyważona. Mamy okazję poznać najskrytsze myśli bohaterki jednocześnie uczestnicząc w niebezpiecznych zadaniach. Autorka pisze lekko i prostym językiem, co sprawia, że czyta się szybką. Miałam okazję poznać jej poprzedni cykl „Upadli”, który mi się podobał, ale z każdym kolejnym tomem był słabszy. Obawiałam się tej lektury, ale autorka stworzyła dobrą i oryginalną powieść na wysokim poziomie i mam nadzieję, że go utrzyma. Zastrzeżenie mam, co do konfrontacji na końcu książki. Pani Lauren brakuję pazura w takich chwilach i całe starcie było lekko przegadane, jakby w takich chwilach ludzi postanowili sobie wszystko wyjaśnić, mimo że są w niebezpieczeństwie, a na takie rozmowy było sporo czasu prędzej.

Okładka przepiękna wręcz bajkowa, która wraz z tytułem idealnie oddają sedno książki.

Moje wrażenia po zakończeniu „Łzy” oceniam bardzo pozytywnie. Intrygująca bohatera i wciągająca akcja. Mitologia dodaję całości magii. Książka sprawi radość każdemu fanowi gatunku.  Polecam

5-/6
Dziękuję!!!